Mei Tai to nosidełko miękkie pochodzenia Azjatyckiego. Jest to kwadratowy lub prostokątny panel z paskami wychodzącymi z każdego rogu. Mei Tai było początkowo zmodyfikowane w Australii w ok 1960 r. Jest nosidełkiem bardzo łatwym w obsłudze, wygodnym dla opiekuna i dziecka i zdobywa coraz większą popularność w Europie i Stanach Zjednoczonych.
W nosidełku Mei Tai można dziecko nosić z przodu i z tyłu, (ale nigdy przodem do otoczenia).W nosidełku Mei Tai dziecko siedzi w pozycji żabki korygując wady bioder. Właściwie tez wpływa na młodziutki kręgosłup, ponieważ nosidełko nie jest usztywnione i pozwala na naturalne ułożenie się ciałka dziecka.
Nosidełko Mei Tai Tuli to styl i wygoda. Usztywniona górna cześć panela, miękkie paski ramienne, wygodny, lekko wypełniony pas biodrowy, wypełnienie z boków dolnej części panela dla wygody nóżek dziecka, wysoki panel umożliwiający noszenie starszych dzieci. Jest możliwość założenia panela biodrowego o raz, co ułatwia noszenie mniejszych dzieci. Nosidełko Mei Tai Tuli jest uszyte ze 100% bawełny, która jest mięciutka, ale silna. Panele są udekorowane stylowym wzorem z satyny (także 100% bawełna) lub bawełny. Każde Mei Tai Tuli jest dwustronne. Z jednej strony wzór kwiecisty, a z drugiej neutralny, nadający się dla tatusiów, którzy nie przepadają za kwiecistymi wzorami! :)
Każde nosidełko jest szyte ręcznie w profesjonalnej, polskiej firmie od lat zajmującej się produkcja odzieży. Produkowane są przy pomocy profesjonalnych maszyn, zapewniających jakość i bezpieczeństwo produktu. Są produktem zaprojektowanym przez mamę dwójki malusich dzieciaczków, która nosiła oboje od urodzenia, jest ekspertem w noszeniu w nosidłach i chustach. Mamy, która wypróbowała niezliczona liczbę nosidełek i zaprojektowała swoje łącząc wszystko, co najważniejsze i najwygodniejsze w jedno. I tak powstało Tuli. Milusie, stylowe, wygodne nosidełko z myślą o Tobie i Twoim maleństwu! :)
Z tyłu paski Manu:


Twórcy Tuli zaprojektowali nosidełka na bazie własnych potrzeb i wymagań. Ula wychowała się w Polsce. Szkołę średnią postanowiła ukończyć w USA i w taki sposób przypadkowo trafiła do San Diego. Mike - mąż Uli, urodził się w Wietnamie. Miał roczek, kiedy jego rodzice przyjechali do USA. Nie całkiem przypadkowo, ale także i on trafił do San Diego. Poznali się na studiach. Jako młodzi, niezależni ludzie, po kilku latach pracy i dobrej zabawy, postanowili zostawić wszystko i podróżować. Najpierw Azja, bo chcieli poznać kraj i kulturę, z której pochodzi Mike. Wyruszyli następnie do Ameryki Pd. Gdzie? "Bilety do Limy, Peru... a potem to zobaczymy".
Ula i Mike piszą na swojej stronie:
"Podróże uczą. I to na różne sposoby. Jeden z nich, o którym chcę opowiedzieć, jest związany z ludźmi i ich zwyczajami, a mianowicie kobietami, które nas niezwykle zafascynowały. Ogromne wrażenie wywarły na nas kobiety zarówno w Azji jak i w Ameryce Pd, które kilka dni po urodzeniu dziecka, nie mając sytuacji sprzyjających odpoczynkowi i wyłącznego zajmowania się niemowlęciem, musiały powracać do swoich obowiązków. Dziecko wkładały, więc do chusty, zawiązując na plecach i powracały do pracy. Dzieci były wyjmowane tylko do karmienia lub przewijania.
Nie wiedząc nic, ani o ciężkiej pracy fizycznej, ani o dzieciach, obserwowaliśmy to z takiego naszego młodego punktu widzenia. Szkoda nam było tych kobiet, bo wydawało się, że zasługiwały na odpoczynek. Mimo wszystko w żadnym momencie nie było nam szkoda ich maluszków. Sposób, w jaki dziecko spokojnie siedziało, szczęśliwe, że jest tak blisko matki, w cieple i bezpieczne, nie wywoływał współczucia.
Z tej podróży, nie wiedząc, że (i kiedy) pewnego dnia sami będziemy rodzicami, przywieźliśmy peruwiańską chustę (tak na prawdę to raczej przypominała ona kocyk) i dziecięcy, wełniany sweterek z alpaki w kolorach Cusco.
No i okazało się, że musiał przemawiać jakiś wewnętrzny instynkt, bo po ponad dwumiesięcznej wycieczce po Ameryce Południowej, siedząc w kawiarni w Buenos Aires, z wilczym apetytem na kwaśną zupę Tajska Tom Yum, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nasza do tej pory dwuosobowa rodzinka się powiększy!
Rezygnując z pozostałych planów podróży, zabraliśmy swoją peruwiańską chustę i wełniany sweterek i bardzo szczęśliwi wróciliśmy do domu.
Nasza córeczka od urodzenia nie lubiła być odkładana do łóżeczka, spać lubiła tylko w chuście, więc mama i tata większość nocy ‘tańczyli’ w chuście, którą potem magicznie zamieniali w hamak umieszczony po środku łóżka. W nocy córeczka ‘wędrowała’ z naszego łóżka do hamaka, no i często powracała do chusty. W dzień, pomimo wielu zewnętrznych komentarzy o rozpieszczaniu dziecka, nasza dzidzia spędzała większość czasu w chustach, spacerując po pięknym parku Balboa lub plaży Coronado z mamą i tatą.
Julek, następny "dodatek do rodziny" pozwalał rodzicom na kilka godzin snu w nocy, nie mniej jednak od około 3 lub 4 miesiąca życia także zasypiał głównie noszony w nosidełku Mei Tai. Pomimo tego, że chustę bardzo lubiliśmy przy pierwszym dziecku, to o wiele szybciej wiązało się nam Mei Tai lub zapinało klamerki od nosidełka ergonomicznego. Wieczorami w domu, owszem, na początku używaliśmy chusty, ale na wyjścia nie zdawała ona egzaminu. Szczególnie przy wyjściach jednego rodzica z dwójka maluchów. Każdy moment się liczył. Poza tym, nasza starsza księżniczka też męczyła się szybko i często maluch musiał jej ustępować miejsca w nosidle, więc ciągłe odwiązywanie i zawiązywanie nie wchodziło w grę.
Pokochaliśmy nosidła miękkie i wypróbowaliśmy różniste dzięki miejscowym klubom noszenia, które posiadały bardzo bogatą wypożyczalnię nosideł i chust. Wybredni byliśmy, i widzieliśmy wiele zalet w różnych nosidłach i marzyliśmy o połączeniu ich w jedno, a że nasza Ba Noi (po wietnamsku babcia) jest niezwykle utalentowaną krawcową, na nasze życzenie uszyła nam piękne nosidło spełniające większość naszych wymagań... I w dodatku było ono ładne i kolorowe. Potem już je tylko udoskonalaliśmy. Zajęci pracą i dziećmi, nigdy nie myśleliśmy o tym, aby szyć takie innym rodzicom, ale nasza pasja rosła... a grono fanów naszych nosidełek też.
Dopiero po przyjeździe do Polski, gdzie często na ulicach pytano o nasze nosidełko, wydało nam się bardzo oczywiste, że trzeba by tę energię i pasję do noszenia i kreatywność projektowania w coś zainwestować. Tak też, jak większość naszych decyzji ;) z dnia na dzień postanowiliśmy szyć Tuli. Nie kompromisując żadnych z naszych zasad, wierząc, że mieszkając w danym środowisku, trzeba o nie dbać, Tuli musiały być szyte w Polsce!"